Warto posłuchać

Sevenstring.pl newsletter

Bądź na bieżąco!

Test SPL Transducer

5 grudzień 2008 dodany przez Leon

Każdy gitarzysta używający swojego half stacka jako podręcznego narzędzia do rozbiórki budynków chociaż raz w życiu stanął przed problemem pod tytułem: „musiałbym to jakoś nagrać w domu/mieszkaniu/kanciapie nie zabijając sąsiadów i nie narażając się na interwencję antyterrorystów”. Aby zaradzić temu, wbrew pozorom, poważnemu problemowi panowie z firmy SPL (o której więcej pisałem przy okazji testu stripa Track One) połączyli siły ze specami z niemieckiej butikowej firmy Tonehunter, zajmującej się customowymi rozwiązaniami nagłośnieniowymi dla gitarzystów.

[title] Mankamentem wszelkiego rodzaju cyfrowych symulacji, czy też, jak kto woli emulacji Starych Dobrych Sprzętów jest spory stopień ich skomplikowania. Wielu ludzi zraziło się do technologii modelingu z powodu nakładu pracy, którego wymaga osiągnięcie dobrych efektów dźwiękowych – często są to długie dupogodziny (określenie zapożyczone z Leszka Możdżera) spędzone na ustawianiu presetów, które potem i tak trzeba obrabiać urządzeniami lub oprogramowaniem zewnętrznym. Szybsza praca wymaga wiedzy, której nie posiada żaden przeciętny gitarzysta (nie posiada jej także paru znanych mi realizatorów dźwięku). Efekt finalny istnieje najczęściej jedynie w naszym studio domowym – gdy zabieramy go na koncert, okazuje się, że niezupełnie o ten typ popularności nam chodziło („Hej, słyszeliście tego kolesia z PODem? No, ja też nie”).

Drugim problemem, z którym borykać się trzeba przy zastosowaniu technologii cyfrowej jest latencja - mityczny potwór, któremu poświęcony jest przynajmniej jeden temat na każdym forum tematycznym.

Jako, że rynek nie cierpi próżni, pojawiły się analogowe rozwiązania problemu. W liczbie DWÓCH. Pierwszym jest Motherload firmy Sequis. Drugim jest testowany dziś SPL Transducer. Koncepcja obu jest taka sama – łączymy reduktor mocy z zestawem filtrów udających paczkę i zbierający z niej sygnał mikrofon. W ten sposób uzyskujemy wszystko, czego potrzeba do szczęścia przy nagrywaniu liniowym własnego wzmacniacza. Czy aby na pewno? Zapraszam do przeczytania testu :)

Dobre wrażenie, jakie pozostawił u mnie poprzednio testowany produkt firmy SPL pchnęło mnie na stronę producenta w celu poszukania następnej zdobyczy. Transducer oczywiście zwrócił natychmiast moją uwagę – urządzenie tego typu byłoby lekiem na sporą część bolączek gitarzystów toczących wieczną, skazaną na przegraną wojnę z sąsiadami i technologią cyfrową.

Po szybkich ustaleniach z Polskim dystrybutorem, kurier dostarczył do mojej twierdzy dość pokaźną paczuszkę z przyjemnie znajomym logo SPL po otwarciu, której oczom moim ukazał się przedmiot pożądania. Poza urządzeniem w pudle znajduje się kabel zasilający oraz typowa dla SPLa czarno-biała instrukcja w językach angielskim i niemieckim. Zarówno jej szata graficzna jak i skład jest dokładnie taki sam jak w Track One. Plus za jednorodną stylistykę – znając jedną instrukcję SPLa, łatwo znajdziesz potrzebne informacje w innej.

Drugi plus za treściwą i przejrzystą zawartość. Każdy parametr urządzenia jest dokładnie opisany, przy niektórych pojawia się przydatna dawka technikaliów ułatwiających ustawienie tego, co nam po głowie chodzi. W instrukcji znajduje się też miła pomoc w postaci ściągi ustawień konkretnych paczek (np 4x12 na Celestionach V30).

Samo urządzenie również wpisuje się w standard estetyki niemieckiego producenta – solidna metalowa obudowa pasująca do 19” racka o wysokości 2U jest wykonana z niezwykłą dbałością o szczegóły i w sposób niepozostawiający wątpliwości, kto wyszedłby cało ze starcia Transducer vs. głowa ewentualnego napastnika.

Czym możemy sobie pokręcić?

Gałkologia jest maksymalnie uproszczona, dzięki czemu praca z urządzeniem jest intuicyjna i łatwa. Jednocześnie wszelkie zmiany parametrów są ewidentnie słyszalne w brzmieniu, które uzyskujemy. Do dyspozycji mamy więc trzy potencjometry:

  • SPEAKER ACTION – odpowiadający dynamice, z jaką pracuje głośnik, czytaj jak bardzo go obciążamy. Im wyższa wartość parametru tym bardziej przesterowany jest nasz wirtualny zestaw głośnikowy.
  • MIKING LEVEL – czyli opcja umożliwiająca znalezienie swojego „sweet spot” dla wirtualnego mikrofonu. Odpowiada umiejscowieniu mikrofonu przed głośnikiem, z którego zbieramy sygnał. Oczywiście wirtualnie.
  • OUTPUT GAIN – ogólny poziom sygnału wychodzącego z urządzenia.

Oraz cztery przełączniki dwustanowe:

  • SPEAKER CABINET – pozwalający wybrać między dwoma typami obudowy – otwartą i zamkniętą.
  • SPEAKER VOICING – decydujący o charakterze brzmienia głośników. SPARKY daje nam charakterystykę głośników z magnesem alnico, natomiast MELLOW daje efekt użycia magnesów ceramicznych.
  • MICROPHONE SELECTION – tutaj do wyboru mamy mikrofon dynamiczny (DYNAMIC) typu Shure SM57 i kondensatorowy (CONDENSER), którego pierwowzorem był Neumann U 87.
  • MICROPHONE DISTANCE – decyduje o odległości, w jakiej ustawiamy nasz niewidoczny mikrofon. Za pomocą ustawienia CLOSE otrzymamy brzmienie z gatunku „in your face” – bliskie i dynamiczne. Po przełączeniu w MELLOW będzie ono natomiast bardziej przestrzenne.

[title]

Ponadto na przednim panelu znajdują się trzy diody kontrolne: niebieska zasilania, dioda oznaczona SIG., świecąca się w momencie podania sygnału ze wzmacniacza oraz dioda informująca o przesterowaniu sygnału (OVL).

[title]

Panel tylni jest zaprojektowany i oznaczony z iście niemiecką precyzją. Podobnie jak w Track One wszystkie wejścia i wyjścia podzielone są na klarownie opisane sekcje, a wszystkie istotne informacje są podane także „do góry nogami”, co ułatwia orientację w czasie szybkiego rzucenia okiem „zza węgła”. Na tylniej ściance czekają na nas kolejno sekcje:

  • SPEAKER INPUT – monofoniczne gniazdo jackowe, w które wpinamy nasz wzmacniacz. Tu pierwszy minus urządzenia – nie można wpiąć wzmacniacza o mocy większej niż 100 W. Niby nic takiego, w końcu większość konstrukcji ma do 100 W. Niemniej właściciele Marshalli MF mogą przestać czytać test w tym miejscu. Tutaj też pojawia się bardzo niemiła zagrywka marketingowa ze strony producentów. We wszystkich materiałach promocyjnych, które przejrzałem (także w wywiadzie z szefem Tonehunter z MusicMesse) jest mowa o 200 Wattach możliwego obciążenia. W instrukcji natomiast wyjaśniają „chłyt małketingoły” rodem z dalekowschodnich głośników samochodowych: 100 W RMS, 200 W peak. Innymi słowy - faktyczne obciążenie stanu pracy nie może przekraczać stu watów.
  • SPEAKER THRU – sprytna opcja pozwalająca połączyć do wzmacniacza zarówno Transducera, jak i paczkę. Dzięki temu możemy jednocześnie nagrywać dwie ścieżki o odrobinę zmienionym brzmieniu, dobrze uzupełniające się w panoramie. Możemy także użyć Transducera jako odsłuchu ustawionego do rozsądnej głośności, podczas gdy cała para leci przez zestaw głośnikowy. Kolejnym zastosowaniem jest wykorzystanie Transducera jako splittera Dry-Wet-Wet.
  • MIC LEVEL OUTPUT – ciekawa opcja wynikająca z żelaznej logiki projektantów – skoro w Transducerze jest „mikrofon”, to czemu nie umożliwić obróbki sygnału z niego poprzez zewnętrzny preamp mikrofonowy? Dzięki temu gniazdu XLR możemy wyprowadzić sygnał z „mikrofonu” do dowolnego preampu. Oczywiście jest to opcja – wbudowanemu preampowi nic nie brakuje.
  • LINE OUTPUT 1 – wyprowadzenie sygnału z urządzenia za pomocą gniazda XLR.
  • LINE OUTPUT 2 – wyprowadzenie sygnału z urządzenia za pomocą gniazda XLR i Jack. Gniazda nie powinny być używane jednocześnie (wpływa to ujemnie na brzmienie) jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby wyprowadzić sygnał oboma wyjściami XLR (1 i 2). W sekcji tej znajduje się też włącznik odwrócenia fazy – pozwala to uniknąć znoszenia się częstotliwości w przypadku podłączenia innego urządzenia.
  • GND LIFT – rozłączenie masy wewnętrznej i obudowy, pozwalające znacząco zredukować szumy tworzące się przy pętli mas.
  • VOLTAGE – suwakowy przełącznik pomiędzy zasilaniem europejskim i amerykańskim.
  • POWER – włącznik zasilania, fachowo nazywany pstryczkiem-elektryczkiem.
  • MAINS INPUT – typowe gniazdo zasilające IEC plus gniazdo bezpiecznika.

[title]

Jak to gada?

Do testu użyłem zestawu Marshall JCM 900 2100 z paczką Marshall 8412. Jako dopałki użyty został Boss DS-1. Sygnał zebrany został mikrofonem Shure SM 57, ustawionym blisko i na wysokości połączenia kopułki z membraną. Później nagrałem tą samą partię rytmiczną z wykorzystaniem tych samych ustawień pieca i efektu, jednak paczkę i mikrofon zastąpiłem Transducerem, ustawionym na symulowanie powyższego zestawu. W efekcie otrzymałem brzmienie znacznie cieplejsze i mniej agresywne, zdecydowanie inne od zestawu head + paczka. Po drobnych korektach poziomu wysterowania głośników i poziomu mikrofonowania zbliżyłem się bardziej do oryginału, czego efekty można ocenić w poniższych próbkach. W każdej próbce są dwie ścieżki gitar umieszczone w panoramie 20:20 i odpowiednio ustawione poziomem głośności, na obie gitary nałożona jest wtyczka BBE Maximizer w ustawieniu „wszystkie gały w prawo”. Trzeci plik to suma obu próbek – jeśli ktoś chciałby się pobawić analizatorem.

JCMPaczka.mp3

JCMTransducer.mp3

Transducer_mix.mp3

Dla ciekawskich - zupełnie nie szatańskie próbki brzmienia: jedna to ww kombinacja head-paka, druga to kombo head-transducer, tym razem w fabrycznym ustawieniusymulacji paki. Wszystkie gitary sa w stanie surowym, zero obróbki, jedynie panoramowanie.

Nights_JCM_paczka.mp3

Nights_JCM_Transducer.mp3

Zupełnie poza konkursem pozwoliłem sobie podłączyć do Transducera mój setup POD XT plus head, co ostatecznie przekonało mnie do konieczności wymiany paczki.

Efekty pracy z Transducerem są dla mnie całkowicie zadowalające. Jakość uzyskanego dźwięku jest bardzo wysoka, obsługa intuicyjna i prosta, sprowadza się do ustawiania podstawowych parametrów a regulacja lokacji mikrofonu za pomocą jednego potencjometru jest znacznie szybsza niż bieganie ze statywem wokół paczki. Co bardzo mi się spodobało to autentyczne what you hear is what you get – brzmienie które słyszałem w odsłuchach, było tym, które pojawiło się na ścieżce, bez latencji i kombinowania z equalizacją.

Podsumowanie

Transducer jest bardzo użytecznym narzędziem, znacznie ułatwiającym i przyśpieszającym pracę nad ścieżkami gitar, niezależnie od tego gdzie i jak pracujesz. Posiada sporo funkcji dostępnych w łatwy i szybki sposób, co więcej, funkcje te odpowiadają dość dobrze rzeczywistości. Czy więc za jakiś czas nie będziemy mikrofonować potężnych zestawów kolumnowych na scenie i w studio? Nie sądzę. Po pierwsze, nowinki wśród gitarzystów przyjmują się dość opornie. Po drugie jakoś nie wyobrażam sobie Zakka Wylde’a stojącego na koncercie przed zestawem Marshall i Transducer na stołeczku ;) Po trzecie wreszcie - dysponując odpowiednimi warunkami i umiejętnościami do nagrywania „z powietrza” można osiągać specyficzne i unikalne efekty których raczej nie da się wyciągnąć z Transducera.

Jeśli chodzi o zastosowania domowe, Transducer zostawia daleko w tyle modeling jeśli chodzi o wygodę obsługi – to po prostu sprzęt dla tych, którzy lubią grać a nie kręcić gałami. Pytanie tylko ile osób nagrywających w domu zakupi urządzenie kosztujące tyle, co markowa paczka? Jeśli jednak stać Cię na taki wydatek i dotyczą Cię przedstawione we wstępie problemy – sądzę, że Transducer jest rozwiązaniem godnym uwagi.

Za pomoc w przeprowadzeniu testu dziękuję ekipie MusicToolz oraz Maćkowi Mierze i Krzyśkowi Hojeńskiemu.

W teście wykorzystano zdjęcia pobrane ze strony produceta.

Skomentuj tekst na forum.