Warto posłuchać

Sevenstring.pl newsletter

Bądź na bieżąco!

Moogerfooger MF-102 Ring Modulator

28 sierpień 2008 dodany przez Leon

Porządkowanie i szufladkowanie informacji jest interesującą cechą rodzaju ludzkiego. Dotyczy to wiedzy z każdej dziedziny. Weźmy np. kostki efektowe. Na własny użytek stworzyłem sobie następujący podział – przester, efekty przestrzenne i cholerawico. Efekty z kategorii pierwszej możemy ogólnie określić jako te, których boi się wyłączyć Jeff Hanneman, tych z drugiej kategorii za żadne skarby nie wyłączy Jan Borysewicz. Efektów z trzeciej kategorii natomiast jak ognia boi się włączyć ok. 90% gitarzystów i założę się o ulubione skarpetki, że wliczyć w to można obu wymienionych szefów.

W ramach tego samego szufladkowania informacji większość ludzi umieszcza producentów sprzętu muzycznego w ramkach odpowiednich specjalizacji. Na przykład po rzuceniu hasła ”Moog” większość z nas widzi poskładanego w ekstazie nad swoim instrumentem klawiszowca. Dobrym przykładem ekstatycznego poskręcania może być Tommy Mars. Czasem jednak kategoryzacja płata nam figle. Dziś testowany efekt niewątpliwie zalicza się do trzeciej kategorii, jednak jest sprzętem umożliwiającym prezentowanie uniesienia scenicznego znacznie szerszej grupie muzyków. Panie i Panowie… Przed Wami Moogerfooger MF-102 Ring Modulator. Proszę zapiąć pasy i trzymać się poręczy, przewidujemy poważne wstrząsy w Waszym światopoglądzie.

Przyznam szczerze, że od czasu, gdy usłyszałem o tej serii efektów, nawiedzały mnie one w dość przyjemnych marzeniach sennych, kiedy więc pojawiła się okazja położyć łapy na jednym z nich uznałem się za bardzo szczęśliwego człowieka. Ekscytacja sięgnęła szczytu gdy dotarła do mnie paczuszka z nadrukowanym dużym logiem producenta i sprawiła, że pudełko otwierałem cokolwiek drżącymi rękoma.

[title] Pierwsze wrażenie nie pozostawia wątpliwości, jakiej proweniencji urządzenie mamy przed sobą – zarówno stylistyka obudowy jak i użyte gałki potencjometrów i przełączniki są identyczne z tymi wykorzystywanymi w Moogach Voyager czy Prophecy. Posmaku ekskluzywności dodają drewniane boczne ścianki urządzenia. Na górnej ścianie znajdują się wszystkie potencjometry i przełączniki (pogrupowane w jasny i bardzo logiczny sposób o czym później), diody sygnalizujące działanie oraz włącznik/wyłącznik efektu. Gniazda In/Out znajdują się na tylniej ścianie i dość skutecznie zajmują ją całą, gdyż jest ich… dziewięć (plus gniazdo zasilania). W tym miejscu brew powędrowała w górę po raz pierwszy.

Poza efektem w pudełku znajdują się także dwie, ślicznie wydane książeczki. Pierwsza jest bardzo precyzyjną i szczegółową instrukcją obsługi – znajdziemy tam wszystko, co powinniśmy wiedzieć o oscylatorach a niekoniecznie mieliśmy kogo zapytać. Druga natomiast to katalog produktów oferowanych przez firmę Moog – naprawdę imponujący asortyment. Tutaj zgrzyt – instrukcja jest w języku angielskim, co przy stopniu złożoności tematu jest mocno dyskryminujące nie tylko dla tych, którzy nie władają angielskim wcale. Niektóre zagadnienia są wystarczająco skomplikowane do zrozumienia w języku ojczystym. Dystrybutor skłania się jednak do dołączania instrukcji w języku polskim, do czego jak najbardziej zachęcam – uważam, że będzie do znaczące ułatwienie w pracy.

Sterowanie zostało podzielone na sekcje odpowiadające ich położeniu w schemacie blokowym układu. Mamy więc sekcję MODULATOR i LFO, działające od siebie niezależnie. Pomiędzy nimi mamy potencjometr DRIVE za pomocą którego możemy odpowiednio dopasować poziom sygnału wejściowego w zależności od poziomu sygnału który wysyłamy do efektu oraz trzy diody określające stan pracy. Kolejno są to:

  • LEVEL informująca o poziomie sygnału wejściowego. Dioda ułatwia kontrolę nad potencjometrem DRIVE. Za pomocą trzech kolorów (zielonego, żółtego i czerwonego) możemy dobrać odpowiadający nam poziom zniekształcenia sygnału – od jego braku do bardzo wyraźnego „analogowego” przesterowania.
  • LFO sterowana sygnałem sinusoidy z LFO. Stanowi prostą wizualizację prędkości z jaką oscyluje sygnał.
  • BYPASS informująca o tym czy urządzenie pracuje w torze czy jest pomijane przez sygnał (dioda jest dwukolorowa: czerwony = off, zielony = on). Efekt jest wyposażony w true bypass. [title]

Sekcja MODULATOR daje nam możliwość sterowania następującymi parametrami:

  • MIX – tradycyjnie pozwala regulować proporcje sygnału „suchego” do zmodulowanego.
  • FREQUENCY – definiuje częstotliwość fali nośnej. Za pomocą przełącznika HI-LO możemy użyć jednego z dwóch zakresów – od 0,6 Hz do 80 Hz przy ustawieniu LO i od 30 Hz do 4 kHz w ustawieniu HI.
  • Sekcja LFO także udostępnia nam dwa potencjometry i przełącznik. Są to:
  • AMOUNT – określa stopień modulacji częstotliwości fali nośnej (od zera do pełnej modulacji w zakresie trzech oktaw)
  • RATE – decyduje o prędkości oscylacji. Możemy ustawić tą opcję od 0.1 kHz (jeden cykl na 10 sekund) do 25 kHz (duuuużo i gęsto).

Za pomocą przełącznika możemy decydować o kształcie fali – może mieć ona charakterystykę prostokątną lub sinusoidalną.

Kiedy już przetrawimy tą dawkę wiedzy i nauczymy się korzystać z niej wiemy wszystko… Wrrróć. Jesteśmy na początku drogi do opanowania możliwości które daje nam MF-102. Pozostał nam bowiem do omówienia panel z gniazdami in/out :) Tutaj sytuację potraktuję skrótowo ze względów praktycznych – nie dane mi było wykorzystać wszystkich możliwości efektu, a nie chcę niepotrzebnie teoretyzować.

[title] Poza oczywistymi gniazdami AUDIO IN i AUDIO OUT oraz zupełnie codziennym gniazdem zasilania (uwaga na polaryzację!) mamy do dyspozycji całą baterię gniazd służących do podpięcia zewnętrznych sterowników. Dzięki temu rozwiązaniu możemy w boju precyzyjnie regulować parametry FREQUENCY, RATE, AMOUNT i MIX. Jeśli nie mamy ochoty używać sterowników nożnych, możemy sterować parametrami bardziej „inżynierską” metodą, mianowicie bezpośrednio za pomocą podawania na właściwe wejście napięcia sterującego, a także za pomocą dowolnego urządzenia wysyłającego sygnał sterowania, np. analogowego syntezatora. Hej, przecież to sprzęt który błogosławił geniusz syntezy audio, nikt nie mówił że sprawa będzie łatwa!

Ponadto możemy zastąpić sygnał wewnętrznego oscylatora fali nośnej innym, za pomocą gniazda CARRIER IN. Innymi słowy możemy modulować sygnał z naszego ukochanego wiosła dowolnym sygnałem jaki podamy na to wejście.

Na koniec zostawiłem opcję której nie miałem możliwości testować, ale wygląda smakowicie – mamy mianowicie możliwość synchronizacji innych urządzeń (także innych efektów Moogerfooger) sygnałami napięciowymi nośnika i LFO. Dzięki tej opcji RATE naszego moogerfoogerowego LFO może sterować tą funkcją w syntezatorze, innym moogerfoogerze czy co tam zechcemy pomolestować niskim napięciem

TYLE TEORII!!!

[title] Pora na zabawę! Bo prawda jest taka, że korzystanie z tego efektu to przede wszystkim niesamowita radocha z kręcenia gałami, a do osiągnięcia zadowalających efektów nie trzeba skończyć inżynierii dźwięku na renomowanej uczelni. W czasie testowania usiedzieliśmy w kilka osób w pokoju, do MF 102 podpięliśmy mikrofon i przez bitą godzinę dusiliśmy się ze śmiechu tym co wylatywało z głośników. Jedną z najbardziej ubawionych osób był nasz domowy, dwuletni gwiazdor estrady.

Poza funkcją rozweselacza imprez MF-102 jest bodaj nie najlepszym efektem tremolo jaki dane mi było ograć. Regulacja daje niezwykle szeroki zakres oscylacji, a dzięki możliwości kształtowania charakterystyki sygnału możemy uzyskać zarówno łagodnie brzmiące, delikatne tremolo, jak i wariant „from hell”. Dla samej opcji tremolo warto go kupić. A opcji jest więcej. Znacznie więcej. Za pomocą regulacji częstotliwości modulacji jesteśmy w stanie zrobić z dźwiękiem niemal wszystko. Najdzikszy i najbardziej kosmicznie brzmiący efekt dźwiękowy jest o pokręcenie gałką od nas. Przez pierwsze dwa dni bawiłem się samą sekcją MODULATION, do LFO dotarłem dopiero później :)

[title] Tu moja uwaga – jeśli zaopatrzycie się w ten sprzęt, zamknijcie się na parę dni w domu, wyszalejcie, a dopiero później myślcie o używaniu jako narzędzia muzycznego. Jest to jeden z tych efektów które aby zabrzmieć dobrze wymagają niezwykłej ostrożności i umiaru w stosowaniu. Bardzo łatwo przedobrzyć i zamiast dobrego brzmienia zafundować sobie bad tripa. Przy tak szerokim zakresie regulacji jaki dostajemy w obu sekcjach można z łatwością wygenerować brzmienie nie nadające się do niczego poza szczuciem sąsiadów.

Ciężko opisywać coś co jest tak drastycznie odstające od powszechnie używanych efektów gitarowych – brakuje skali porównawczej, a pisanie o „rewolucyjności” i „wyjątkowości” trąci sloganami reklamowymi. Prawda jednak jest taka, że MF-102 jest w pewnym sensie efektem rewolucyjnym, pozwala bowiem gitarzystom wedrzeć się na terytorium zarezerwowane do niedawna dla klawiszowców i innych speców od instrumentów deptanych i kręconych.

Zdecydowanie nie jest to sprzęt dla nowicjusza, choć ten znajdzie w nim na pewno masę dobrej zabawy. Poważne zastosowanie wymaga jednak odrobiny wiedzy, masy wyobraźni i pomysłu na użycie. Nie zawadzi też kilka dni/tygodni poświęconych na zapoznanie się z jego możliwościami. Ogranie w sklepie nie wystraczy.

Podsumowując – jeśli zawsze zazdrościłeś Jordanowi Rudessowi fajnych brzmień a od słuchania nieśmiertelnej kombinacji chorus, delay, flanger dostajesz wściekle swędzącej wysypki, sięgnij po Moogerfoogera. Proponuję parafrazę sloganu: eMeF z rana jak śmietana!

Za dostarczenie sprzętu oraz miłe rozmowy przez telefon dziękuję naszym dobrym znajomym z firmy MusicToolz.

Skomentuj test na forum.