Warto posłuchać

Sevenstring.pl newsletter

Bądź na bieżąco!

Lovepedal Amp50

23 wrzesień 2010 dodany przez dom?n

Jeśli pogooglać sobie efekty gitarowe z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych kiedy ta branża dopiero zbliżała się do swojego rozkwitu, to naszym oczom ukazują się potwory. Fuzz Face wielkości małej wsi czy pierwsze Rolandy przypominające rozmiarem Kalisz, ewentualnie Częstochowę mogą dzisiaj wyglądać wręcz komicznie, nie ujmując oczywiście im niczego z ich brzmieniowych możliwości. Ale jeśli którykolwiek z nich miałby stanąć w zdaniu obok słowa "kompaktowy" albo "ergomoniczny", to zdanie takie możnaby spokojnie włożyć między bajki. W obliczu postępującej minimalizacji wszystkiego, od telefonów komórkowych, przez układy scalone, a kończąc na efektach gitarowych, zajmiemy się dziś Lovepedal Amp50.
[title] Lovepedal jest amerykańską manufakturą produkującą butikowe efekty, z całym dobrym i złym wydźwiękiem tego określenia. Na koncie LP jest między innymi legendarny Lovepedal Eternity, produkowany ileś już lat w kolejnej inkarnacji, czy Church Of Tone, jednogałkowy vintagowy overdrive również modyfikowany i update'owany w coraz to nowych wersjach. Wspomniane efekty należą jednak do tych, które raczej oglądamy na YouTube niż ogrywamy w lokalnym sklepie muzycznym, gdyż cenowo plasują się grubo ponad możliwości przeciętnego polskiego gitarzysty. Naprzeciw potrzebom stastycznych gitarzystów powstały kosteczki z serii Mini Line. Słowem - minimum środków, maksimum efektu, i to nie tylko w kwestii rozmiarów, ale także w kwestii możliwości. Cała seria Mini ma być tanszą alternatywą dla rozbudowanych, butikowych potworków, odartą ze wszystkiego co zbędne żeby uzyskać zadowalący efekt.

Amp50 z którym dziś spędzamy miłe popołudnie jest modyfikacją wspomnianego już Church Of Tone, a przynajmniej według producenta jest najbardziej kompaktową wersją tegoż (a pan Lovepedal, znany też jako Sean Michael, zapewnia że nad dopracowaniem tego pudełeczka spędził wiele lat). O ile duży brat wygląda nieco komicznie w wielkim opakowaniu na którym widnieje tylko napis i jedna gałka, to Amp50 ma już wszystko na swoim miejscu - jedna gałeczka na maluteńkiej obudowie i maluteńki napisik. Prawdę mówiąc gałka i dioda są chyba jedyną rzeczą w tej kostce, które są normalnej wielkości - gniazda jack, gniazdo zasilacza, przełącznik nożny, wszystko jest zminimalizowane do granicy użyteczności. W praktyce mamy do czynienia z całkiem niegłupim systemem obsługi opartym na jednej gałce, plus tradycyjne input-output i gniazdo zasilacza - a tego użyć musimy, bo miejsca na baterię w Ampie nie doświadczymy (gdyby Sean Michael miałby więcej poczucia humoru mógłby wprowadzić zasilanie efektu bateriami do zegarków). Do tego naklejeczka z napisikiem Amp50™ i druga z numerem seryjnym - o trwałości rozwiązania napisów w formie naklejek możnaby dyskutować, ale umówmy się że recenzujemy efekt który w założeniu nie ma nas pozbawić całej wypłaty.

[title] Do dyspozycji mamy więc jeden potencjometr, nieodzownie zaopatrzony w pokrętło typu chickenhead, którego działanie można określić na zasadzie "mało efektu-dużo efektu". Nie jest to nawet typowa regulacja drive, bo w większej części swojego zakresu gałka zmienia bardziej nasycenie dźwięku niż to, co normalnie nazwalibyśmy ilością przesteru. Nazwijmy ją raczej gain (nasycenie), a nie drive (przesterowanie), które to pojęcia notorycznie zamieniamy. Na tym polega jednak cała filozofia efektu. Nie jest to czystej wody przester, ale clean boost/boost przesteru/samodzielny przestero-fuzz. W zależności od okoliczności zachowuje się przeróżnie, inaczej reaguje na Stratocastery a inaczej na Les Paule, podobnie ma się sprawa z piecami do których je podłączymy, a nawet z artykulacją jakiej użyjemy. Niezależnie od konfiguracji reszty sprzętu Amp50 zachowuje przejrzystość i nie narzuca za bardzo swojego charakteru, który to występuje w pewnym stopniu ale nie jest dominujący. Rzeczą którą najbardziej szczyci się producent w przypadku całej wszystkich modeli Church Of Tone jest zachowanie dynamiki przy każdym poziomie gainu, niezależnie od ustawienia gałki volume w gitarze, i trzeba przyznać że efekt zachowuje się bardzo naturalnie w każdych warunkach. Brzmieniowo leży gdzieś w okolicach klasycznych brzmień spod znaku starych Marshalli, co genialnie nadaje się do podbijania, dopalania i dodawania kolejnych warstw przesterów. Nieważne jak dużo przesteru z Amp50 dodamy do naszego przesteru bazowego (czy z pieca czy też z kostki) całość trudno zatkać czy zamulić, chociaż oczywiście da się to zrobić (tylko po co?). Osobym tematem jest używanie Ampa jako osobnego przesteru na czysty kanał, gdzie brzmi on zupełnie wariacko, chociaż wtedy rozkręcić trzeba go prawie na maksimum (coś, co można z ręką na sercu nazwać przesterem pojawia się dopiero po odkręceniu gały powyżej 3/4 zakresu). Ni to fuzz, ni to overdrive, ale okolice brzmieniowe da się w ten sposób zrozumieć. Oczywisty brak regulacji Tone czy nawet jakiejkowiek regulacji ;) lokuje ten dźwięk bądź w szufladzie "love", bądź w szufladzie "hate", jednak nie odmówimy mu oryginalności. Już zupełnie na końcu dodajmy, że producent poleca używanie Amp50 jako przesteru rownolegle z innymi kostkami, co jak już udało się zauważyć podczas testu Fulltone OCD jest całkiem niegłupim pomysłem. Mimo że nijak nie mam jak podłączyć obok Amp50 klasycznego Tubescreamera, to śmiem sądzić że takie połączenie może być jeszcze większą kopalnią brzmień, brzmionek i brzmieniączek - zamiast tego przesłuchać można Ampa w połączeniu z germanowym overdrivem.

Gibson Les Paul Deluxe + Merlin Pickups MP-90 + Lovepedal Amp50 + Sunn Model T + Celestion G12 Blackback

W zasadzie boosterek z jednym pokrętełkiem trudno podejrzewać o uniwersalność, jednak w przypadku Amp50 chyba pokuszę się o stwierdzenie, że to piekielnie uniwersalna machina do róznych zastosowań. Może nie machina do zabijania, może nie dla każdego, bo pomimo przynależności do tańszej linii produktów Lovepedal nadal jest droga i chyba nawet trochę za droga (tutaj podziękowania dla polskiego dystrybutora który nie narzucając kosmicznej marży nie wysyła nas na zakupy bezpośrednio za ocean). Ale jeśli ktoś szuka wisienki na swój tort, szczególnie podkreślam użyte zdrobnienie, to ten sympatyczny maluszek może być całkiem fajną propozycją, a nawet alternatywą dla konstrukcji Tubescreameropodobnych. Zresztą zajmuje tak mało miejsca na podłodze, że trudno zauważyć jego istnienie, więc czemu nie spróbować?