Warto posłuchać

Sevenstring.pl newsletter

Bądź na bieżąco!

Musikmesse 2010 - Schecter Guitar Research

19 maj 2010 dodany przez Leon

Tegoroczny katalog nowości Schectera obfitował w nowinki spod znaku low tuningu, nie jest więc dziwnym, że ujrzawszy to stoisko rzuciliśmy się na nie niczym wygłodzone hieny na świeżo padłą antylopę. Dodatkowym motywatorem były prezentacje prowadzone przez Jeffa Loomisa z mało znanego pop-folkowego bandu Nevermore.

Targowa rzeczywistość okazała się dość brutalna – Schecter wystawił imponującą ilość gitar, i równie imponującą ilość wzmacniaczy do ich ogrania. Słownie – zero. Przełknęliśmy tą gorzką pigułkę, jak na prawdziwych machos con cojones del ferro przystało (dwie godziny rozpaczliwego ryczenia i walenia pięścią w ścianę pokoju hotelowego doskonale koi nerwy) i dobraliśmy się do ekspozycji. Ograliśmy na sucho wszystkie nowe ósemki: Hellraiser, Blackjack, Damien oraz Omen.

Ogólne wnioski są umiarkowanie optymistyczne. Nie jestem wielkim fanem instrumentów tej marki, ale niezwykle ceniłem fakt przedłużenia o cal menzury w modelach siedmiostrunowych – według mnie jest to rozwiązanie nie zmniejszające wygody gry, a niebotycznie ułatwiające dobór strun, nawet tym z nas, którzy stroją do Ź. Czemu więc, tak śmiała w koncepcjach firma nie zastosowała podobnego rozwiązania w ósemkach? Standardowe 27” było jednym z głównych powodów do narzekań w ośmiostrunowych modelach jej głównego konkurenta – Ibaneza. I Schecter wykonał dokładnie ten sam manewr. W związku z powyższym, gitary te wydały mi się cokolwiek flakowate w okolicach najgrubszej nadliczbowej struny. Szkoda ogromna, liczyłem na lepsze rozwiązanie problemu naprężenia przy niskich strojach. Poza tym mankamentem instrumenty były wykonane na dobrym poziomie, do którego Schecter zdążył nas przyzwyczaić i bardzo grywane (gryfy ósemek nie sprawiały mi żadnych problemów, mimo, że na co dzień gram na zwyczajnej, nudnej siódemce dla mięczaków ;)).

Nie zawiedliśmy się za to na występie Jeffa Loomisa – facet grał szybko, głośno (w granicach rozsądku – we have regulations to comply with ;)), momentami wgniatał w ziemię walcującymi riffami, a za chwilę przekraczał barierę dźwięku. Innymi słowy – mocny z niego gość.

Podsumowanie jest jednak mało optymistyczne – kolejna stracona szansa na przełamanie „produkcyjnego standardu” na rynku właśnie spadła na nas jak 16 ton. Może przyszły rok przyniesie jakieś przełomy – póki co jest bezpiecznie marketingowo i umiarkowanie porywająco lutniczo (jakoś nie umiem przekonać się do wykończeń oferowanych przez Schectera). Fani marki mogą zacząć się ślinić, ja jestem na nie.